RSS
środa, 19 stycznia 2011

fot.Jacek Sosnowski

22:28, everybodyknowsthat
Link Komentarze (1) »
niedziela, 14 listopada 2010
ZMIANA ADRESU

Z kilku względów przenoszę pisanie na everyoneknowsthat.blogspot.com

 

Zapraszam.

22:45, everybodyknowsthat
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 08 listopada 2010
Poranek z … frustratem, seksbombą i grubą żenadą

TVP Kultura ma fajny cykl „Niedziel z…“ a ja mam kiepski cykl poranków, również z jakimś prywatnym „z“. Dzisiejszy niestety nie nastroił mnie najlepiej. Pomijam wczesną pobudkę, którą zaaplikował nam chory pies, swoim piszczeniem domagający się zadbania o jego jelita. Deszcz pomijam także. I wybuch również. Wybuchał Kopernik cały weekend to wybuchło i w Białymstoku, nikt nie chce być gorszy. Jednak kolejny news powalił mnie ze zbyt wcześnie wprawionych w ruch nóg. A raczej pewna kandydatka do Sejmiku Województwa Mazowieckiego mnie powaliła i, niestety, nie swoim eksponowanym seksapilem i niestety także nie programem wyborczym. I wcale nie pozytywnie. Kandydatka owa, której  wszyscy film wyborczy zobaczyli już na facebooku, ubiega się o stanowisko z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Pozwólcie mi się przyznać - z zażenowania zawirowało mi w głowie. Czerwony pazurek, długo eksponowana nóżka, uwaga skupiona jedynie na cechach ciała kobiecego. Do tego boleśnie stereotypowe i kaleczące mózgi (i po co nasza walka?) przedstawienie kandydatki z odkurzaczem i szpilką jako atrybutami kobiecości. Plus dziwnie niesmacznie brzmiące hasło, coś o ssaniu (?), wessaniu (?), w każdym bądź razie ewidentnie skierowane do „męskiej“ wyobraźni. Trudno mi opisać wielkość mojego oburzenia na „polityka“, który nie tylko powiela krzywdzący wizerunek kobiety jako obiektu jedynie seksualnego z funkcją sprzątania i ssania, ale który także otwarcie kieruje swój przekaz „wyborczy“ do tępego samczego elektoratu wykorzystując płeć jako narzędzie. Tym samym obrażając zarówno kobiety jak i mężczyzn! I zdaje się, świetnie się przy tym bawiąc. Wierzę, że Panowie nie liczą na szpilkę wzniesioną do góry zamiast ręki podczas głosowania. Proszę mi wybaczyć, ja nie oddam swego głosu tym razem, w obawie przed eskalacją mody na kawały o blondynkach w mazowieckim sejmiku.

Kolejną poranną wątpliwą przyjemnością był nawołujący mnie kaznodziejski link, który wylądował wśród spamów w tym samym momencie, kiedy szatan robił mi pierwszą kawę. Link do tekstu barwnie w cudzysłowiach określającego, gdzie jest szatan a gdzie dobroć. Ja plasuję się oczywiście ze swoimi poglądami w piekle. Nienawiść do ludzi wykształconych jest częstą cechą sfrustrowanej części społeczeństwa, które za wszelkie „zło“ obwinia tych Innych, najprościej mówiąc tych, do których nie należy, pomimo głęboko skrywanych aspiracji (lub tych, których się podświadomie boi). Jestem daleka od kategoryzowania i stawiania siebie w pozycji „oświeconego“ i, jako ten szatan, brzydzę się nawoływaniem do świętości. Póki ja nie nienawidzę, nie chcę być nienawidzona.

Potem poranek leciał już jak deszcz na łeb ciurkiem :

- W którejś gazecie przeczytałam o artystce kręcącej film fabularny o samej sobie i złowróżbnie przestrzegającej przed niechybnym wciągnięciem widza w nieokreśloną akcję podczas planowanego wernisażu, co mi się z kolei nieprzyjemnie skojarzyło z zamykaniem gościa w galerii. Sztuka dla mnie nie jest jedynie kategorią finansową, nie jest przelicznikiem z kantora wymiany walut. Nie jest eurosem i nie jest baksem.

- W metrze z kolei uczestniczyłam, chcąc nie chcąc, w wymianie zdań o pewnej profesorce, która „jak tylko raz jeszcze zrobi takie ‚koło‘ to wpierdol“ a potem wysłuchałam argumentów najmłodszego męskiego narybka studenckiego dotyczących wyższości mieszkania z „babami“ od mieszkania bez nich. „Stary, kurwa, hahaha, co ty myślisz, hahaha, czemu z babami wynajmujemy chate? Haha, jakbym mieszkał sam to bym miał syf, a tak mam posprzątane, no wiesz, stary, baby zawsze nam posprzątają“. O dzięki wam, młodzi inteligenci, za odnalezienie w przyrodzie tej utylitarnej funkcji dla kobiet !

Przyglądałam się owym rechoczącym młodym panom z zaciekawieniem, poszukując jakiegoś braku, który nie pozwala im na przykład zmyć naczyń. Widzę, że ręce mają, nogi mają, mięśnie nawet spod zimowej kurtki wyraźnie widoczne, głowy też były (ufryzowane). Niestety szarych komórek zobaczyć się w metrze nie da, musiałabym Panów na sprzątanie zaprosić do siebie, by zerknąć pod ich dywan. Swoją drogą, znam taki model nieporadnego typa, co to bez mamy niczego przez cały dzień nie zje, pewnie więc nigdy nie trafi go w łeb konkluzja, że nie jesteśmy sprzętami kuchennymi (ani odkurzaczami, jak chciałaby kandydatka do sejmiku, niczego ssać nie będziemy bez silnie odczuwanej ochoty).

- Wszystko to zostało doprawione absurdalnym faktem pojawienia się choinek i prezentów kristmasowych w witrynowych oknach na Marszałkowskiej. Tego już za wiele, jako niesympatyczny niesympatyk kristmasu w wersji handlowej i wcielenie szatana, udaję się czem prędzej do pierwszego biura, by zakupić bilet umożliwiający mi opuszczenie Europy na cały listopadowogrudniowy czas. Bilet do piekła.

Na całe szczęście do pracy mam zaledwie kilka przystanków a w pracy warunki komfortowe, życzliwych współpracowników różnej płci, sernik, kanapkę, kawę i święty od linków, gazet i witryn sklepowych spokój. Jakże mi ulżyło, kiedy tam dotarłam!

 

23:31, everybodyknowsthat
Link Komentarze (1) »
środa, 03 listopada 2010
Z perspektywy 1,52

Może nie byłoby tego wpisu, gdyby nie dzisiejszy koncert, chociaż, o ile mnie pamięć nie myli, od dawna chciałam sobie ulżyć w swojej stupięćdziesięciocentymetrowej biedzie. Natura mnie nie obdarzyła tym i tamtym. O ile tamto jakoś znoszę, o tyle wzrost mój bywa uciążliwym faktem. Dajmy na to taki koncert, by pozostać w temacie. Nie odbieram muzyki na żywo, jeśli nie mam możliwości obserwowania i wchłaniania energii powstającej na scenie. Nie bez przyczyny więc nie jestem zwolenniczką koncertów, bo… podczas nich, obserwuję zazwyczaj plecy, przez które energia sceniczna się do mnie nie przedostaje. Niestety nie obchodzi mnie kolejna mokra, czarna podkoszulka z nazwą grającego zespołu, bo zazwyczaj wiem, za czyje granie słono zapłaciłam, średnio mam  też ochotę przytulać się do obcych placów lub szukać luki wizualnej wśród podniesionych rąk. Żaden tutaj schodek ni podest się nie sprawdzi, zawsze znajdzie się ktoś o lepiej obdarzonych przez naturę plecach, wyższy, postawniejszy, bliższy współczesnemu ideałowi, przeciętny w skali.

Pal licho koncerty, na które chodzę z rzadka, obstawiając raczej tyły (bo perspektywa robi swoje). Koszmarniejszym okazuje się transport miejski w godzinach szczytu, nie daj Boże latem i nie dajże na Pragę. Mój nos zazwyczaj sięga gdzieś w okolicach niechcianaj pachy. Tam, gdzie już tylko strużka potu spływa. Nie jestem wielbicielką obcych zapachów w sytuacjach, kiedy są mi narzucone dosłownie z góry (w innych - dlaczego nie).

Przed każdym seansem kinowym truchleję na myśl o wysokim mężczyźnie sadowiącym się przede mną. Dlatego wybieram zazwyczaj drugi, maksymalnie trzeci rząd kinowych siedzisk. Podobnie rzecz ma się z półkami sklepowymi. Często bowiem zdarza mi się najzwyklej w świecie nie dosięgać upragnionego towaru. Myślę wtedy o dyskryminacji lub postrzegam to jako swoistą barierę, której niezbyt mocno zdesperowani (czytaj : ja) po prostu nie pokonają. Zastanawiam się wtedy nad logiką myślenia speców od marketingu półkowego, którzy z lubością umieszcają co lepsze kawałki na wysokości, z której ich nigdy nie zdejmę. Tupię wtedy szaleńczo nogą i każę sobie artukuły do rąk podawać lub szukam kijka w pobliżu by zrzucić nim z półki wszystko i wyłowić to upragnione, ledwo dostrzegalne z mojej perspektywy „coś“.

Zazwyczaj dostaję w twarz od obcych ludzi, którzy obracając się, trącają mnie łokciem, bo akurat znajduję się w jego zasięgu i na jego wysokości. Częstokroć jestem pytana o wiek, bo nijak nie pasuję do opisanego ponad trzydziestoletniego homo sapiens. W mieszkaniu nie obchodzę się bez drabinki, wszystkie zakupione spodnie skracam o połowę (i tak nimi po ziemi wlokąc), obrazy na wystawach mam powyżej linii wzroku, mężczyźni, którzy chcą się ze mną jakoś wylewniej przywitać, składają się komicznie niczym miarka stolarska a najczęstsza moja perspektywa to klatki piersiowe, plecy i pachy. Te, pomiędzy którymi nie ma już miejsca na oddech.

Co to za świat skrojony na metr osiemdziesiąt nie uznający odchyleń od normy? Nie, nie, nie, dziękuję!!

Kiedyś zastanawiałam się nad tym, skąd u mojej mamy tak często zadarty w górę podbródek. Wiem już. Mięśnie szyi przez lata przywykłe do naprężeń i unoszenia głowy najwyżej jak się tylko da, zrobiły swoje. Obawiam się, że i moja zadarta broda, a co za tym idzie i nos, wzięły się z przyzwyczajenia mięśni do usilnego wykręcania szyi tak, żeby w ogóle zobaczyć świat wokoło.

Wracając do konceru Yeasayer. Po pierwsze, organizatorzy mogli by pomyśleć o tych, którzy nie dojrzą szaleństwa kilku panów na scenie. Pozostawiono nam jedynie do obserwacji białe, wygniecione prześcieradło! A wytrzymać na palcach i w podskokach długo się nie da. Jak można zaprosić Yeasayer do Warszawy i postawić ich na tle prześcieradła, które zgrabnie podświetlone jedynie swoją prześcieradłowość wyolbrzymia? To tak, jakby, nie przyrównując, zaprosić YesMenów i zabronić im się odzywać. Oni i tak by sobie poradzili w przeciwieństwie do wspaniałomyślnie rozpostartego prześcieradła za zaspołem. Wprawdzie mam zaledwie 1,52m ale wizualnie ów koncert ograłabym na trzy metry z hakiem.

 

 

00:32, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 października 2010
Przekazane

Kilka dni temu podczas porannego spaceru zaczepiła mnie starsza pani po to, by przywitać się z moim psem. Wylewnie, bo i mój psiak jest wylewny i łasy na miłe słówko i odrobinę pieszczoty o każdej porze dnia. Pani ta, głaszcząc psa ale patrząc MI w oczy, powiedziała coś, co mnie zwaliło z nóg : "Nie daj się nigdy dotykać, jeśli Cię dotykają to gryź i obsikaj".

Myślę, że miała mi coś do powiedzenia...

17:58, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
MEDIATIONS TIME

Kilka dni temu tekst Stacha Szabłowskiego w jednym z kolorowych pism zawołał do mnie niczym zmodyfikowany głos siostry Ratched z kukułczego psychiatryka : „Mediations time, it’s mediations time!“. Nie wiedząc o jakie mediacje chodzi, postanowiłam poddać się nawoływaniu. Donoszę więc, że wciągnęłam tę pigułkę i już mi po niej lepiej znacznie, czuję, że działa.

Poznań zadziwiał mnie dzisiaj etapowo, kawałek po kawałku. Okazało się bowiem, że to miasto w ogóle nie pozostawiło po sobie śladu w mojej pamięci, jest mi obce, pomimo tego, że spędziłam w nim dwa lata. Nie pozostawiło śladu, czy ja ów ślad wymazałam? Bo pamiętam tylko Naramowice, pamiętam akademik politechniki, Tequile na rynku i jakiś niewyjaśniony nigdy konflikt z Arsenałem. Zresztą, ja chyba, w swoim niedorzecznym stylu, paliłam mosty poznańskie, dziś przechadzając się śmiało po ich odbudowanych konstrukcjach.

Miasto porusza sie w rytmie porównywalnym jedynie do suszącego się na sznurze prania w bezwietrzny dzień. Odwykłam od takich spowolnień. Nie uległy za to specjalnym zmianom wizualne elementy miasta, wciąż prowizoryczne barakokształtne formy i setki upstrzonych kolorowymi napisami sklepików, z których usług nikt nie korzysta. Ale odnalazłam także te części Poznania, które, przez mój wcześniejszy wstręt do miasta, pozostawały nieodkryte aż po dziś dzień. Brawo Poznań, tylekroć przeze mnie, niesłusznie jak się okazuje, sponiewierany słownie. Warto przeprosić, co niniejszym czynię.

Jeśli zaś o mediacje chodzi...Biennalową ekspozycję na św.Marcina kompletnie wessał gmach zamczyska. Wessał, ale nie przeżuł.To nie jest dobre miejsce do prezentacji sztuki, to miejsce pożera energię, przytłacza tak silnie, że trudno postawić w nim kolejny krok. Sztuka upchnięta pomiędzy konsulatem a pokojem sprzątaczek, gdzieś na najwyższym piętrze, niczym dowcipny gadżet, niestety nie zrobiła na mnie wrażenia innego ponad to, że : pusty śmiech, piękna klatka schodowa, poręcze, posadzki, miotła, pan pcha wózek i winda. Czuję niechęć do prezentacji tego typu, chociaż realizacja Kimsooja jakoś mnie dotknęła, nie tyle swą formą, co przez unoszący się we wnętrzu zapach starych, zużytych ciuchów, zapach charakterystyczny, wcale nie przyjemny. Zaanektować zamek całościwo - tak, wpychać prace w korytarze – nie. Podobnie rzecz się miała w muzeum. Bardzo to efektowne spiętrzyć łóżka pod sam sufit, bardzo. W muzeum specyficzne oddzielenie tego, co "stare" od biennalowych "świeżości" okazuje się nie grać. Ta izolacja sztuki najnowszej jest dla mnie nieakceptowalna, znając historię odrzucenia pewnego projektu. Albo-albo. Niestety "albo" zazwyczaj nie bierze pod uwagę sprzeciwu.

Preferuję jednak prezentacje w mniej oczywistych, alternatywnych przestrzeniach, których w Poznaniu nie brak. Stąd moja ulga, kiedy w końcu dotarłam na ulicę Orzeszkowej. Tak, zapach stęchlizny, kupy kogucie, zbite na prędce ze starych pilśniowych płyt pseudo ścianki, wilgoć ale i zapach świeżo zaparzonej kawy – sprawiły, że w końcu poczułam się jak w biennalowym domu. W domu pełnym zbędnych gadżetów, chciałam dodać. Biennale musi mieć ten swój nieco syfiarski rys, za to lubię tego rodzaju imprezy. Odważne przekrzykiwanie grzecznego paradygmatu wystawienniczego daje mi energię, której poszukuję i wiarę, w to, że jeszcze nie wszystko stracone. Wzbraniam się przed porównaniami do znanych mi biennale, nie jest to chyba konieczne, tym bardziej, że ostatecznie lubię tę swojską stylistykę. To ona nas wyróżnia.

Mocnym akcentem była dla mnie realizacja Michelle Teran, która w swojej anarchistycznej pracy dotyka problematyki funkcjonowania miasta (zarządzania nim, marginalizacji problemów społecznych) oraz uwikłania artysty w system instytucjonalny. Brawo!

Nie chce mi się gadać o sztuce, w ogóle nie chce mi się już gadać. Ważne, że mi się Poznań jako miasto odświeżył. To jest wartość niewymierna, kiedy się nienawiść przekuwa w sympatię. Wartością były też pewnie mediacje artysty krnąbrnego z instytucją. W obliczu wylizanej na cacy sztuki, takie postawienie sprawy zawsze porusza me serce. Prawda bowiem jest taka, że mam gdzieś tego rodzaju biennalowe prezentacje, które przez swą "politycznie poprawaną" jakość są li tylko kolejnym pseudo głosem w wydumanej przez "zarządcę" sprawie. Grzecznie uplastyczniają naszą wspólną przestrzeń, zgadzając się tym samym na bycie jedynie czymś na kształt zwierzątka w zoo, które może by i coś powiedziało, gdyby zostało do głosu dopuszczone. A do głosu dopuszczało sporo osób kuratorskiej obsługi, której nazwiska widnieją wszędzie w przeciwieństwie do nazwisk samych artystów. Artystów - wygodnych narzędzi do budowania Biennale.

A ja odnalazłam siebie, z pewną jednak wściekłością, w wystawowej witrynie, co dało mi powód do porównania się z butami drogiej marki (bo przecież nie taniej), które samotnie kwitną (i skutecznie do zakupu zniechęcają) w ekspozycyjnym oknie. Tego się naprawdę nie spodziewałam. A więc jednak sztuka jako towar. I na nic mi był ten cały sprzeciw…

c.d.n, no bo przecież nie zasnę nie poplując sobie uprzednio gorzko.

 

witryna :

01:49, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 października 2010
Untitled (Ribbon), video loop, 2010 , fragment

17:48, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 października 2010
Palma pierwszeństwa

Współczesną sztukę wizualną sankcjonuje przede wszystkim jej prezentacja koniecznie okraszona tekstem. Lub towarzyszące temu wystawieniu kolejno : omówienie, zaprezentowanie w sieci, rozpowszechnienie na fejsbuku, zaproszenie. Tym sposobem te przejawy twórczości artystycznej, które nie zostają wystawione, pływają swobodnie w niebycie. A skoro nie istnieją w świadomości społecznej jako fakty dokonane, to nie mają prawa do udziału w tak zwanym obiegu kultury, nie stanowią oryginalnego wytworu kreacji, nie ma po nich śladu pomimo fizycznego zaistnienia. Coraz częściej spotykam się więc z sytuacją, w której porzucam pracę nad swoim „projektem“ (głupie słowo), bo natknęłam się w sieci na ten sam projekt, niestety właśnie wystawiony, opisany, zaklepany. Ten, kto wystawi, uzyskuje palmę pierwszeństwa, zdobywa prawo patentowe do wizualnej jakości nawet wtedy, kiedy to samo, niestety niewystawione dzieło, powstało rok wcześniej. Nie o powtórki mi chodzi i nie o tę zastępczą ideę krążenia pomysłów w powietrzu. Teraz gramy o pierwszeństwo. To bodaj najważniejsza sprawa. Dlatego należy się śpieszyć, być wciąż doinformownym, przeinformowanym, mieć czas na kontrolę. I wystawiać ile się da. Zaklepywać. Być pierwszym. Przewidywać. Uprawiać sporty ekstremalne. Nie spać.

Moje pytanie brzmi, czy w świecie wiecznych powtórek ma jeszcze sens kreowanie kolejnych? Czy postawienie stopy na najwyższym schodku z numerem jeden jest bardziej wartościowe niż przyglądanie się postumentowi z żabiej perspektywy? Nic to nowego, że wystawiać nie lubię, czując zawsze ten sam żenujący niesmak towarzyszący uczuciu niespełnienia, wykonania zadania źle, bezcelowo, niedoskonale i według reguł, które mnie brzydzą.

Jeśli więc kiedyś obudzę się z koncepcją nowej formy dla sztuki – na pewno dam znać, by zająć górną półkę postumentu. Póki co, jestem zdania, że poza jałowym faktem wystawienia musi być coś jeszcze, sztuka jest, do diabła, gdzieś indziej! Nie na ładnie wyglądających ścianach, nie w przestrzeni miejskiej, nie w sieci, nie w tekście, nie w białym pudełku. Jest na przykład niechcąco na ulicy Bandoski (o tym innym razem)...? Być może tam też jest.

Rok pracy, który poświęciłam pewnym artystycznym działaniom, zapisuję w folderze „cancelled“. Bez specjalnego żalu.

Sztuka wizualna XXI wieku zostanie pewnie opisana w przyszłości jako ta, dla której wspólnym mianownikiem jest jej projektowość, grantowość i sieciowość. Nic to odkrywczego, owszem, kreowanie „projektów“, pozyskiwanie środków do ich realizacji i, co przerażające, dopasowywanie owych „projektów“ do narzucanych wymogów tematycznych – to w tej chwili przyjęta norma. I tej normie się jakoś poddać nie potrafię. Niestety pasuje do mnie jak ulał niezdarne nawoływanie młodego Ciorana do bycia krnąbrnym tam, gdzie tego w ogóle nie potrzeba.

 

ps. i tak mi dobrze.

11:29, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 października 2010
Posag Siedmiu Panien

Nie znam tej historii i już jej nie poznam, chcąc nie chcąc, urodziłam się wiele lat później. I jestem bezposagowa.

Jakiś czas temu w warszawskim Ursusie odnalazłam ślady historii, która bardzo mnie zaciekawiła. Okazuje się bowiem, że znana fabryka Ursus powstała z kapitału przeznaczonego szalonym przedsiębiorcom przez ich córki. Kapitał ten miał jednak niespotykany charakter – był posagiem. Mało tego, posagiem aż siedmiu (a może było ich więcej) panien na wydaniu. I chociaż nie jest to jakimś specjalnym odkryciem, stanowi o ciekawej historii miejsca i o wyjątkowości akurat tego przedsięwzięcia. Nie mam żadnych informacji na temat  sposóbu przekazania posagu, czy była to perswazja czy rodzinna wiara w powodzenie interesu. Oprócz imion córek, nie znajduję także żadnych innych informacji na temat owych dzielnych panien, które tak znacząco przyczyniły się do wizerunku kawałka ziemi zwanej Ursusem.

W pierwszym okresie swojej działalności Ursus zresztą Ursusem nie był, był po prostu swojsko, reklamowo brzmiącą P7P (dla upamiętnienia źródła finansowania firmy). I co?

No właśnie. Aktualny apokaliptyczny charakter ulicy Posag 7 Panien wybił mnie ostatnio z realizowanego na terenie Warszawy projektu. Spędziłam sporo czasu na ulicy o ładnej nazwie, na ulicy, która obecnie jest wielkim gruzowiskiem, skupem złomu, scenerią do filmów o końcu świata (przemysłu). Straszna to szkoda, że ów posag został zmieniony w gruz, beton i blachę. Zburzona historia i koniec opowieści o siedmiu pannach, po której niebawem nie będzie śladu a mieszkańcy planowanego w miejscu dawnych hal przemysłowych osiedla będą wciąż tłumaczyli urzędnikom poczty, że ich ulica naprawdę nosi taką dziwną nazwę, ale nikt nie będzie wiedział po jaką cholerę tak ją nazwano.

 

Ulica Posag 7 Panien, Ursus, Warszawa

00:49, everybodyknowsthat
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 października 2010
Naczynia połączone

Tak oto , przez szereg wykluczeń, nie funkcjonuję. Mam wielką dziurę wywierconą w brzuchu, przez którą leją się ścieki.

Chciałabym żyć pełnym życiem obywatela, czerpać pełnymi garściami, co tylko da się wyczerpać. Zamiast tego dany jest mi tylko ten jeden umoczony w słodyczy paluszek, ten, co to go dzieciom pozwala się włożyć do kieliszka z adwokatem na imprezie rodzinnej. By sobie spróbowały jak smakuje prawdziwe, dorosłe życie.

A ono smakuje wykluczeniem. Zbyt często okazuje się, że społeczeństwo mnie nigdy nie przyjęło, nie zasymilowaliśmy się ni w ząb, a co dopiero w serce. Nie stworzyliśmy wspólnej platformy porozumienia, nie wyodrębniliśmy miejsca dla Innego, okazuje się też często, że nie jesteśmy sobie potrzebni, siebie nie pożądamy i nie poszukujemy. Dlatego, wybaczcie, nie zapłacę kolejnego podatku, nie urodzę potomka, nie stworzę komórki i wybaczcie, nauczę się anarchizmu, wybaczcie także, że się tak zżymam i podpisu pod petycją nie składam. Po raz kolejny nie jestem w stanie saldem swojego konta, rocznym rozliczeniem, oddanym głosem, spłaconym kredytem ani nawet zaświadczeniem z miejsca pracy udowodnić, że jestem czymś równie ważnym, co rolnik, emeryt, przedsiębiorca. Jeśli więc tak zwany wolny zawód został stworzony tylko dla Waszej ułudy, żebyście czuli, że jest w społeczeństwie miejsce dla innego rodzaju postawy, to proszę bardzo – mogę poświadczyć, że stworzona struktura na chuja się Wam przyda. A teraz z angielska fak ju, bawcie się dobrze w swoich skostniałych strukturach do momentu, aż Was krew zaleje, bo adwokat paluszkiem ja będę powoli z kieliszka wybierać. Przecinam ten rachityczny wężyk pomiędzy naczyniami połączonymi, bo naczynia jakoś nie funkcjonują. Jedno jest wiecznie napełnione, drugie wciąż puste.

I przekażcie moim znajomym, by się nie martwili. Naprawdę, powiedzcie im to.

00:00, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 października 2010
Harjatulla set

 

ps.po dzisiejszej przesiadce odwołuję wszystko co dotyczyło spokoju helsińskiego lotniska.

22:44, everybodyknowsthat
Link Komentarze (1) »
czwartek, 30 września 2010
DZIENNIK Z LOTNISK - czyli tam i z powrotem

 

HELSINKI. Sama nazwa już mile brzmi. Jak zdrobnienie angielskiego odpowiednika słowa „piekło“, jakby ktoś chciał nadać miastu nazwę „Piekiełki“. Nie chcę być zbyt wylewna, dość, że widok z góry na Helsinki jakoś poruszył me serce, odmroził. Spodziewałam sie zimy, mam piękne słońce. I przesiadam się do coraz mniejszych samolocików. Planeinków.

Helsinki - prostota i funkcjonalność czy lata dopracowywania systemu informatyczno-logistycznego wygodnego dla pasażera? Ktoś musiał badać psychologiczne uwarunkowania strudzonych przesiadkami klientów Finnair, by uczynić to małe lotnisko tak…prostym.

Nie ukrywam, że latać nie lubię, zawsze wyobrażając sobie jakaś dziką katastrofę we mgle, rodem z „Neverending Tupolew Story“. Przesiadać się tym bardziej nie lubię, nigdy bowiem nie wiem co mnie czeka po drugiej stronie (samo) lotu.

Helsinki. Przylatując, wchodzi się jednymi drzwiami wprost do miejsca, z którego odlatują skomunikowane samoloty. Proste? Proste! Żadnych stumetrowych korytarzy, połączeń podziemnych, biegania w poszukiwaniu terminalu, żadnych zbędnych tablic, ukrytych bramek, żadnych komplikacji. Czysta rozkosz przesiadki. Coś na kształt większej, przeszklonej poczekalni, pod której drzwi podstawiane są kolejne samoloty. Wysiadasz  - przesiadasz - wsiadasz. Coś dla mnie, zwykle zagubionej w lotniskowej magmie tłumów, megafonów, ponagleń, zapachów perfum i szybkich zakupów procentowych. Kolejna warta wzmianki cecha tego lotniska – kompletna cisza. W takiej formie nie zaznałam jej dawno w żadnej przestrzeni publicznej poza poczekalnią dentystyczną. Jak to możliwe, że siedząc przy szybie i obserwując podstawiane maszyny nie słyszę wokoło nic. Żadnego zbędnego dźwięku, żadnej muzyki, żadnego dzwonienia, ruchu, obijania się szkła butelek w plastikowej torbie, nic. Po prostu korytarz z drzwiami do „przystanków“ i zawieszonych w nim kilku pasażerów. Dziwnie spokojni, gapiący się nieruchomo w zaszybną dal. Czy oni uczą się tej ciszy w szkole, rodzą sie z nią, wypracowują? Żadnych uporczywych wezwań do bramki, nic, pustka. Piję więc białe wino przy tejże szybie i już wzrokiem badam, dokąd znaki prowadzą palaczy. Uff, jest palarnia….

Drobna poprawka. Wzywano. I to mnie wzywano do bramki, bo w swoim całym rozkosznym przyglądaniu się, zapomniałam, że już pora przesunąć zegarek o godzinę do przodu. Drobnostka.

TURKU. Gdyby mi przyszło do głowy zastanawianie się jak mógłby wyglądać dworzec PKS po fińsku, to myślę, że wyobrażałabym sobie go właśnie tak, jak wygląda lotnisko w Turku. Bez zbędnych ceregieli. Wyskakuj mała z mini-samolocika i dojdź sobie do tych tam oto drzwi, bo mamy tylko jedne, więc się nie zgubisz. Lot z Helsinek do Turku nie trwał więcej niż przeczytanie artykułu o bioarcie. Lotnisko kameralne, puste i czyste do granic wytrzymałości psychicznej Polaka. Zatopione w fińskim niczym, czyli w lesie. Brawurowo!

22:08, everybodyknowsthat
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 września 2010
feno meno

Obudziłam się z przedziwnym wrażeniem. Najpierw ogląd sytuacji za oknem uzmysłowił mi zbliżającą się zimę (podobno koniec września ma być śnieżny a bociany odleciały niespodziewanie szybko) po czym, niejako sennie spanikowana (albo to wciąż jakaś nieuświadomiona panika senna była) stwierdziłam w lekkim osłupieniu, że sztukę naj-naj-najnowszą dyktuje już nie paradygmat przestrzeni miejsko-publicznej, nie surrealizm (neosurrealizm to się teraz na salonach wystawia niczym stwardniałe kotlety) a fenomenologia. W końcu odchodzimy od założeń, w końcu bierzemy w spory nawias, nie zakładamy, odbieramy te fenomeny i przyjmujemy je wrażeniowo na klatę. Bez przygotowania ideowego. Jako zjawiska, czasami zbędne, czasami przydatne, but still. Konstatacja ta mile mnie usatysfakcjonowała, jednak nie na tyle mile, by ponownie przymrużyć oko.

01:05, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 sierpnia 2010
I won't sleep, I won't fall, I won't change

Lato (oraz trwający od miesięcy remont klatki schodowej) uzależniło mnie od "niespania". To niespanie ostatnio przytrafiało mi się kilkanaście lat temu, więc chwalę je sobie i sobie winszuję energii. Bo jeśli przyjąć, że dla twórczości ważny jest czas odrębny, oderwany i odklejony od ludzi, to są nim zapewne późno nocne godziny, te, podczas których, przy dobrym letnim czasie, już praktycznie świta. Tylko wtedy potrafię zapaść w stan, który można ogólnie nazwać skupieniem. Nie narzekam więc na zapadnięte, sino-szare oczodoły, jestem w stanie poświęcić tę małą część swojego ciała dla egoistycznych zachcianek i nienazywalnych przyjemności. Artyści to w końcu egoiści, nawet jeśli Ranciere chciałby widzieć to inaczej :) Jedyne co mnie martwi, to nadchodząca jesień, która dla mnie jest niczym wyrok.

 

19:26, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 sierpnia 2010
Szkic do studium

Pisanio-wyrażanie ostatnio nie wychodzi mi najlepiej, jak to ktoś złośliwie zauważył, kiepsko używam wyobraźni. Także pewnie i w tym celu.
Być może może być.
Tak więc niezbyt jej używając : nie wyobrażam sobie, że spoczywam na laurach, nie wyobrażam sobie, że w końcu się zatrzymuję, podobnie jak nie wyobrażam sobie, że sztuka przepadnie w mieliźnie europejskich funduszy. Tak, tych kwestii, jakkolwiek należących do innych, nie sąsiadujących ze sobą, parafii, moja wyobraźnia nie jest w stanie przemielić ani przefiltrować. I w zasadzie o ile nie mam potrzeby tłumaczenia się z mojego energetycznego nałogu i przyzwyczajenia do działania (prawda zawarta jest w działaniu?) o tyle chcę powiedzieć dwa zdania o ostatnim niewyobrażeniu, które mi się przytrafiło chyba w chwili jakiejś słabości.

Obserwuję niebezpieczną, w moim odczuciu, sytuację. O sztuce coraz częściej mówi się używając słów jakoś tak do niej koślawo pasujących ; kosztorys, dofinansowanie, projekt, fundusze, granty, stypendia, ministerstwo…
Tak, z całą pewnością sytuacja poprawia się z roku na rok, finansowa sytuacja, ma się rozumieć. Miliony wpompowanych eurozłotówek sprawiają, że zwiększyły się możliwości realizacji nawet całkiem śmiałych projektów artystycznych, kolejnych wystaw, zdarzeń, artystycznych eventów i lotów w kosmos wyczarterowaną rakietą. Świetnie, chciało by się rzec.

Jednak coś zasiało niepokój w moim czarnym, poszukującym zawsze dziur w całym, sercu.

Mam nieprzyjemne wrażenie, że kultura coraz bardziej zaczyna być na usługach przysłowiowego „króla“, zatoczyła koło, może wcale nigdy z jego torów nie wypadła, w każdym bądź razie, nabiera tempa pędząc po trajektorii uzależnień od władzy. Może fakt ten nie zostałby aż tak obnażony, gdyby nie całoroczne świętowanie urodzin Szopena. Dzień po dniu od nowa. Ten chłopak to się dopiero wylansował! Mało, że nie żyje od dziesiątek lat i lansuje się zza grobu, mało, że jego gwiazda świeci na światowym firmamencie wystarczająco jasno nie potrzebując dodatkowego oświetlenia bocznego, to jeszcze zgarnął wszystkie fundusze, granty i dofinansowania, niechcąco powodując, że na inną, nie odnoszącą się do jego osoby (co za egoizm!), twórczość, najzwyklej w świecie zabrakło. W tym roku nie wspieramy więc kultury najnowszej, na nic nam alternatywa, nowoczesność, współczesność i doczesność, w tym roku postawiono na odgrzebywanie trupa. Dosyć drogie i spektakularne dziady. Zalatuje stęchlizną?

Przez wzgląd na duże środki przeznaczone na odgrzebywanie, okazało się nagle, że Szopen inspiruje wszystkich, od muzyków (co może być zrozumiałe), przez artystów wizualnych (to mniej zrozumiałe), grafików, po fotografów, twórców awangardy, aktorów i reżyserów. Tym samym zaśmieciliśmy kulturę współczesną setkami niepotrzebnych projektów dotyczących Szopena, szopenowskie totamto, szopen na lewo, na prawo, na odwrót, na nowo, po staremu, na pianino, na konsolę, na GPS i na komórkę. Niechże się ten rok marszem żałobnie płynący już zakończy! Nie chcę więcej obcować z niczym, co trawestuje słynne nazwisko na „CH“. A skoro mienimy pana Szopena Polakiem, organizując mu te wspaniałe, dosyć drogie igrzyska, to nazywajmy go chociaż po polsku, zaczynajmy od „SZ“, które skromnie jakoś nam wciąż służy w polskim języku.

I w ten sposób, może nawet nie do końca świadomie, oddaliśmy swą twórczość królowi, bez sprzeciwu, gładko i służalczo poddaliśmy ją władzy. Wróciliśmy do czasów, kiedy brzydki król zamawiał ładny portret, więc mu ten piękny portret został nasmarowany. Za jego królewskie, duże, a jakże!, pieniądze.

A żeby nie zanudzać i nie mścić się na Bogu ducha winnym (a co!) umarłym ... Pozyskane na kulturę środki mogą znacząco determinować jej charakter a nawet pole jej zainteresowań. Upatruję w tym spore niebezpieczeństwo, mogę sobie bowiem wyobrazić pisanie kolejnych projektów dyktowanych kolejnymi rocznicami. Mogę sobie wyobrazić, pomimo kiepskiego, nienowoczesnego sposobu używania wyobraźni (sic!), kolejne projekty inspirowane wymogami formalnymi stawianymi przez "króla". Czy to odgórnie narzucone ramy tematyczne, czy kryterium politycznej poprawności, dobrze napisanego wniosku czy jakiekolwiek inne. Bez tej kasy nie będzie kultury. Będą projekty, które się opłaci z jakiegoś tajemniczego powodu zrealizować, a nóż Król nie będzie na nich nagi a przyodziany w złoty kombinezon na złotym tronie samolotu….A Ty siedź, kurwa, cicho.

01:40, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 sierpnia 2010
Osiemnasta...

Kilka świeżych zdjęć z wystawy.

 

Projekt Wyszków. :)

 

 

Więcej na stronie www.laurapawela.com wkrótce.

 

20:58, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 sierpnia 2010
Sunday comes slow

Dwa dni przed otwarciem wystawy na pl.Defilad, pusty pawilon wygląda najlepiej. Prawdziwe pole walki. Już za chwilę zmieni się nieodwracalnie.

 

Zaraz zapakujemy w niego tysięce elementów.

 

Czasami mam wrażenie, że porozrzucane niechlujnie worki i papiery już mi wystarczają. Bo puste wnętrza działają na mnie wystarczająco. Oddycham.

 

20:18, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 sierpnia 2010
Opole, chłopaku, Opole, ptysiu miętowy!

Jak wyżej. Przyjechałam, nieco niespodziewanie dla samej siebie, do Opola. Po tylu latach mojej tutaj nieobecności (a studiowałam tu wszak aż trzy lata!) przygotowuję wystawę indywidualną w opolskiej galerii sztuki współczesnej. Póki co, zafundowano mi swoiste art in residence w nowo otwartym, cudownie miętowo-betonowym, a jakże, zapleczu galerii. Zaplecze to złe słowo, bo to raczej artystyczny wielofunkcyjny kombajn, profesjonalnie skrojone miejsce dla wszelakiej maści twórczości. Pogratulować profesjonalizmu, którego często nie można się doprosić w innych placówkach. Kilkupiętrowy gmach zwieńczony bajecznym tarasem, wyposażony w pracownie, pokoje gościnne, bibliotekę i wszelakie udogodnienia.

 

Nie to jednak zaprząta mą uwagę najbardziej…Opole nieprzyjemnie mnie  zadziwiło, nie ma SCKu a kultowy Instytut Sztuki wylądował na Wrocławskiej, czyli nigdzie (wybacz Cerazy! miałabyś blisko na zajęcia). Tym samym pozostawiając legendarny budynek dawnego Instytutu na Solskiego pustą, niechcianą purchawką architektoniczną, co to już żadnej energii nie generuje. I te fakty właśnie niemile mnie zaskoczyły. Roniąc łzę nad opuszczoną pracownią rzeźby i pamiętając ten niepowtarzalny klimat domowo-artystyczno-ogródkowy, zdałam sobie sprawę z tego, że dane nam namiastki szczęścia nie trwają nigdy bez końca i wszystko musi ulec naturalnemu biegowi rzeczy (czytaj : zmianom na tak zwane „lepsze“). Oczywiście, kiedy studiowaliśmy, nienawidziliśmy Nowej Wsi Królewskiej oddalonej od studenckich rozrywek proporcjonalnie daleko do skali miasta. Nienawidziliśmy działkowo-patologicznej dzielnicy za torami kolejowymi, w której nas przymusowo osiedlono, nie znosiliśmy zajęć w tak zwanym centrum, bo każde opuszczenie naszej wsi było tragicznie czasochłonne. A jednak nasza tam obecność sprawiała, że wieś tętniła życiem. Byliśmy między tymi ogródkami działkowymi niczym ciekawe egzemplarze egzotycznego zwierza w zoo. I myślę, że to lubiliśmy, to epatowanie mizernym naszym artyzmem zamkniętym w największego formatu plastikowej teczce, jaką się tylko tutaj dało kupić. Lubiliśmy schodzenie w piżamie i z kawą na zajęcia z malarstwa, lubiliśmy dumać nad gównianym klockiem z gliny całą noc i lubiliśmy nasze zrzędliwe, konfliktowe sprzątaczki, które co rano waliły nieumytymi garnkami o podłogę, lubiliśmy chyba nawet naszych portierów z łuszczycą przymykających często oko na miesięczne odwiedziny naszych przyjaciół. Ostatecznie lubiliśmy, o zgrozo, zajęcia z historii sztuki z dość ekscentrycznym profesorem, do którego błyskotliwego dowcipu wtedy nie dorastaliśmy, trzęsac portkami przed każdym egzaminem. Ten nieznośnie sentymentalny ton nie wziął się znikąd, naprawdę sporo czasu upłynęło od mojej ostatniej wizyty w Opolu i wolałabym pamiętać to miejsce takim, jakie je opuściłam. W końcu najbardziej cenne przyjaźnie nawiązałam mieszkając właśnie tutaj i może stąd ta niezgoda na zrujnowane poniekąd wspomnienia.

Samo miasto niewiele się zmieniło, nie zauważam sporej różnicy, to raczej moje dziury w pamięci spowodowały, że poruszam się po omacku i wszystko jest mi  nieprzyjemnie obce, za małe i za ciasne.

Nutricia (ta nazwa przyprawiała mnie zawsze o lingwistyczne zagwozdki) już kawą Inką nie śmierdzi co rano, studenci nie zakochują się w klubie studenckim SCK a na pustej kiedyś, centralnie położonej przestrzeni, stoi obecnie „chlubna“ galeria handlowa. Ale za to przejazd kolejowy na drodze do Nowej Wsi Królewskiej (zaiste królewską powinno się ją zwać) wciąż bywa zamykany na piętnaście minut przed nadjeżdżającym pociągiem, ciągle jest Maska na rynku i ciągle niezmieniony Highlander, ciągle jest drętwa, stojąca w miejscu rzeka a w galerii na rogu ciągle te same, od lat powielane, obrazy Polnara. I ani grama energii, którą jakoś można by było przechwycić, przyjąć, wykorzystać, udoskonalić.

 

Wbrew temu wszystkiemu i dla swej niepohamowanej, perwersyjnej przyjemności, zrealizuję w Opolu wystawę bardzo zmysłową. Bo to miasto tego potrzebuje. Pal licho moje osobiste przemyślenia i odczucia, pora przełamać smętny nieco nastrój zapomnianego miasta, co to chciało być wojewódzkie i odrębne. Problemy tożsamościowe są nam wszak nie obce, znamy je i rozumiemy. Więc o czym tu jeszcze gadać?

Przy okazji maniakalnego szperania w tkance miejskiej, natknęłam się na neon klubu (dyskoteki!) SENSO. To przekonało mnie, że być inaczej, niż sensualnie i zmysłowo, po prostu nie może. To właśnie tego tu brak. Dodatkowgo impulsu poruszającego nieznany nam jeszcze zmysł.

 

Spędzając przemile czas na oczojebnie miętowym tarasie nowej rezydencji galerii, leniwie obserwując miasto z góry, obcując frontalnie z przepięknym budynkiem teatru, staram się ułożyć tak swoją koncepcję wystawy, by opowiedziała po trochu o mojej nieistniejącej miłosnej relacji z miastem, którego nie poznałam nigdy, z miastem, które może być jakie chce, ale na pewno nie porusza tej struny, która dźwięczy zmysłowo. Za to moja energia, pobudzona niczym żołnierz przed wysłaniem na wojnę, nie może tak po prostu gasnąć nieprzydatna.

 

A zdjęcia SENSualne i inne załączę, kiedy tylko odnajdę w tym bałaganie odpowiedni kabel.

 

SENSO (night and day :)

 

Nowa Wieś Królewska

 

"Miętowy" taras

 

 

Opolski Lord Vader :)

 

Wytyczanie ścieżki w Opolu

 

Teatr

 

Nutricia

 

Artystyczny kombajn (ten biały:)

 

00:01, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 sierpnia 2010
Na Placu Konstytucji

W punkcie obsługi w dzień handlowy

takie słyszy się rozmowy :

„Może Pan się o mnie oprze

Pan się wkurza, Panie Piotrze“

“Cóż się dziwić, Panie młody,

Stoję tutaj już od środy!”

A wszystko za sprawą „poprawiającego jakość“ systemu obsługi klientów. Wszyscy go poznaliśmy już kilka lat temu, polega na wydawaniu numerków (numerowaniu klienta), obserwowaniu diodowego wyświetlacza pod sufitem i panicznej gonitwie w wyznaczone miejsce w odpowiednim czasie. Czasie nadanym przez System.

Jesteśmy zatem stale pod podwojną kontolą ; monitoruje naszą wściekłość kamera przemysłowa i jakiś ubrany w niebieską koszulę jegomość w małym kamerliku oraz…liczą nasz przepływ numery. Podejrzewam jednak, że nie o policzalność narodu tutaj chodzi, nie o statystyki i nie o konkurs na najchętniej uczęszczaną placówkę. Raczej o oddzielenie boskiej swery pracownika od profanum jakie stanowimy my.

Stoimy więc w niekończących się numerach, biegniemy spoceni i strwożeni, gdy nasz numer po latach pojawia się pod sufitem, w między czasie beznamiętnym wzrokiem przyglądamy się setkom puszczonych nerwów, krzyków i biadolenia. Na system, ma się rozumieć.

W tym samym między czasie (jeśli czas ma w ogóle jakieś „między“) większość punktów, do których z taką ochotą byśmy podeszli, jest pustych. W niektórych sterczy kartka zawiadamiająca o przerwie, gdzieniegdzie rozmowa o śpioszkach lub firankach, z niektórych cielęcy wzrok, akurat niczym nie zajęty, bada tępo nasze frustracje. I odpowiada „proszę pobrać numerek, proszę pobrać numerek“.

A my, równie cielęco i pokornie stoimy, dzierżąc w spoconej dłoni przepustkę do usługi, trochę się wzajemnie poobczajamy tracąc czas w międzyczas, trochę pomarudzimy pod nosem, w końcu przeczytamy darmowe Metro albo zlustrujemy nogi przechodzącej szesnastki czy źle wygolony kark karka.

Dbanie o jakość usług i kontakt z klientem zmieniło swoją formę już dawno, pod jego płaszczykiem kryje się obecny wszędzie współczesny wstręt do zadawającego pytania człowieka, którego najchętniej postrzegamy jako numer, ten numer, który, kurwa, trzeba z uśmiechem na ustach potraktować. Dbamy wszak o podnoszenie standartów, dajmy im odczuć jak ważnym salonem jesteśmy na placu, ach, nie byle czego, bo konstytucji!

zdjęcie zapożyczyłam z:   http://warszawa78.blox.pl/

 

 

16:20, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 lipca 2010
Cielesne lato

Uwielbiam lato, jestem w zasadzie stworzona do letniego klimatu, w nim urodzona, wszystkie inne zbyt chłodne okresy mogą mnie swą atmosferą ominąć. Tym razem jednak moja percepcja uwrażliwiła się na tyle (może przez te sygnały o ważności fizjologii i te znieczulające mnie odebrane zdjęcia), że ledwo poruszam się w gąszczu letnich, ciepłych, lepkich i roznegliżowanych ciał. Niestety, nie jest to cierpienie związane z ich pożądaniem, wręcz przeciwnie. Jaka szkoda!

Poraża mnie wizualnie ta letnia cielesność. Ta cielesność, na którą się jakoś nie przygotowałam, funkcjonując, jakby nie było, w świecie średniozrealizowanym (od „real“ nie od „realizować“). Ta cielesność na schodach do metra, na trawie w parku, w mikrofalowym tramwaju i w kolejce po gorącą marchwkę. Te tony odkrytego ciała. Te zwałki tłuszczu, te mokre włosy pod pachą, ten pot na plecach, ta plama na koszuli, te łydki, ta kostka, te plecy, paznokcie, dekolty, ramiona, piegi, wady skóry i ta strużka potu na czole, które mi się objawiły tak samo nagle, jak nagle zjawiło mi się lato. Za moment lato się skończy a ja pozostanę nieprzywykła. Nie ma chwili, bym nie zastanawiała się nad ciałem, zniekształconym, niechcianym, nie naszym, niepodporządkowanym nam ani odrobinę, przypominającym tę wiosenną chubę w Parku Praskim, która co roku wyrasta na pierwszym drzewie z lewej, zaraz po pierwszym wiosennym deszczu. Też jest piegowata. Mam niemal satrowskie mdłości patrząc na swoje przedramię, mokre, klejące, tak samo cielesnością wulgarnie błyszczące jak każde inne. Upodobniliśmy się do siebie tego lata jakoś tak niechcąco niebezpiecznie.

Obawiam się tych swoich przewrażliwionych odczuć, swojego ciała w negliżu letnim też panicznie się boję. Przygotowywano nas do wizualnej doskonałości od tak dawna, że zapomnieliśmy jak wygląda i z czym się je człowiek. Taki zwykły człowiek. Człowiek z cywilizacyjną wadą, która jest nią zaledwie od kilku lat. A my wciąż nie przywykliśmy, że tacy jesteśmy.

I nadmienić też muszę, że mój mało imponujący wynik pomiaru wzrostu, powoduje, że jestem tej cielesności bliższa, mieszczę się gdzieś między lędźwiami a wspomnianą pachą.

Co tu robić, co tu robić, run, baby, run. Znowu.

23:27, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 lipca 2010
ciarki grzbietowe i sterczące włosy na rękach

Jestem niczym bohater powieści. Płyną w mojej krwi te wszystkie raskolnikowy, roquentiny, daniele 123453, zmęczeni bohaterowie, wyuzdani jebacy, wredne kochanki i pozytywne tomki.

Jestem jak ten żenujący adresat piosenki w stylu "I'll take care of you no matter what you do" (obym tego nigdy już nie usłyszała).

Myślę, że trudno z tym żyć. Trudno się poskładać w całość z tak bogatej oferty tożsamościowej. I przeczuwam, że to nie tylko mój problem.

Ale miało być o seksie, obiecałam Kasi o seksie nieco napisać. O naszym babskim seksie.Chyba nastepnym razem.

01:00, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 czerwca 2010
post do kosza

Ścieląc wczorajszej nocy łóżko, w doskonale przeze mnie oswojonym już pokoju gościnnym BWA, dotarła do mnie naga, niezaścielona prawda o mojej ostatniej podróży , która w zasadzie wciąż trwa.

Ja najzwyklej w świecie uciekam. Tchórzę. Szukam czegoś, co wypełni te puste oczodoły i te dziury w mózgu, bo nie mam już siły sama tego tworzyć. Szukam czegoś, co cudem wskrzesi umarłe fragmenty pamięci. Tak, aby ostatecznie udało mi się wyłowić jedną, tylko jedną fundamentalną wartość. Tak, aby udało mi się odpowiedzieć na jedno, zasadniczo najważniejsze pytanie. Oczekuję bowiem, że te kilka zagubionych elementów pozwoli mi zbudować istne ontologiczne perpetuum mobile, w którym dam ujście dla swojej chorej energii. Przebierając więc w ogromnej ilości owych czarnych dziur, poszukując jeszcze głębszch doznań, goniąc za czymś, czego dawno już nie ma i pewnie nigdy nie było, ponownie zdaję sobie sprawę z nadmiernej, nabrzmiałej sentymentalności całego mojego przedsięwzięcia o nazwie "kilka dni na śląsku". To bzdura, kompletna bzdura. Kolejne rozczarowanie.

00:10, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 czerwca 2010
Festiwal Otwartej Klapy na Kameralnej

...na który wszystkich zapraszam.

Sezon letni na warszawskiej Kameralnej uważam za rozpoczęty. Od kilku dni obserwujemy osobliwy festiwal męskiej klaty (brzucha ha raczej) w anturażu pootwieranych samochodów. Klap przednich lub tylnich, w wypadkach nieśmiałych - tylko drzwi kierowcy.

Line-up festiwalowy prezentuje się mniej więcej tak :

- pierwszy samotny papierosek, gdzieś po późnym obiadku - "ach, późnym, skurwiała robota, ale trza tam chodzić, żona w ciąży".

- otwieranie pierwszych drzwi oczojebnie niebieskiego, wypucowanego jak wiadomo czyje i co, volkswagena golfa - "a nic nie robie, odpoczywam se tu, żona zabrania w domu palić"

- pierwsi rywale w tej kuriozalnej konkurencji skocznym a może raczej "bąsiastym" krokiem zbliżają się do swoich samochodów kolejno zaparkowanych na podwórku tak, aby pozostałym jak najbardziej utrudnić wyjazd z garaży (samochody garażowane nie mogą brać udziału w festiwalu, fuj, garażowane!). Najpierw bąs w jedną, drugą stronę, doskok i z wielkim wymachem wyrzucenie graby przed siebie w kierunku przeciwnika :  "cze, kurwa, stary". Kolejni uczestnicy otwierają klapy silników swoich samochodów. W tym momencie następuje kolektywne pochylanie się w klapy aż do zgubienia głów w ich wnętrzach. Im później, tym większy wybór klat i klap. Pleców. Gołych łydek. Ogólnie wiadomo, że Renault w typie vana rządzi - "eee, ten twój to i tak szmelc na kiowych (od kia) częściach".

- w godzinach wieczornych festiwal nabiera rumieńców : rumieńca żony w oknie, rumieńca piwnego po szóstej rundzie, rumieńca podniecenia gołą klatką na tle otwartych drzwi vana. Klatki wyprężone, ramiona opalone w stylu "małorolnego chłopa" (do wysokości rękawka t-shirtu), uśmiech coraz szerszy i szerszy, silniki co rusz wprawiane w rusz, bagażniki czyste, czasami bywa, że koła ściągane i nawlekane po chwili z powrotem. Tuż za śmietnikiem można dokonać aktu zmoczenia ściany przetrawionym piwem, skiepować, plunąć na ten "jebany cokolwiek". Wymiana myśli podczas festiwalu burzliwa, sentencje zaczerpnięte trochę z Sarte'a, trochę z Arystotelesa i filozofii murkowej, która na estradzie otwartych drzwi prezentuje się ponadprzeciętnie ciekawie. Festiwal trwa do godzin późno wieczornych, więc proszę się nie bać, że ktoś się nie załapie. Nie wiem tylko jak się ten konkurs wygrywa.

Ach, lato się zaczęło! Na Pradze bardzo intensywny czas naprężeń. Póki co, nie odważyłam się wziąć udziału w kameralnym konkursie, lecz obiecuję, i ja obnażę klapę.

Uwielbiam warszawską Pragę i piszę o tym bez cienia ironii.

17:07, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 czerwca 2010
koncertowo

Zapomniałam o muzycznym (a może po prostu metalowym) wydarzeniu dnia dzisiejszego w stolicy. Przypomnieli mi o tym wiernie oddani idei fani oraz ich charakterystyczne stroje. Z nieukrywaną przyjemnością przyglądałam się temu, jak sobie palą papieroski, czekają sobie na tramwaj, maszerują przez miasto w niemalże klubowych strojach i szalikach. Zapomniałam już, co to znaczy. A znaczyło wszak wiele. Moje serce wciąż jest czarne i przepompowuje czarną krew. Czarna krew trafia do czarnego mózgu, tak już od lat, przecież wiecie... Do dzisiaj jestem w stanie uronić łzę przy Ride the Lightning i pamiętam dokładnie wszystkie uczucia towarzyszące zetknięciu się z tą muzyką.

Pozostało mi obserwowanie fanów. Obserwacja ta otwarła jakąś dawno zaskelpioną raneczkę, małe ukłucie po szpilce. Dam sobie z nim radę. Teraz punk rock czy metal bardziej kojarzy się młodszym osobom z modą, haemem i propozycjami z Glamour na "imprezowy outfit" albo, co w sumie najlepsze z tego wyboru - z McQueenem. Skojarzenie z muzyką rozmemłało się i stało lekko obciachowe, pozostała tylko ta tania skorupka, w środku pusta (o dodatkowych ideologicznych elementach w ogóle nie wspominam). A jednak tamci, starsi nieco panowie, a może na tyle starsi że w moim wieku, mieli wciąż te same stare wranglery na całkiem jeszcze zgrabnych tyłkach, wielkie czarne buty pamiętające pierwszą płytę Metalliki, dziary, których do dzisiaj nie zrobiłam, pomimo obietnic składanych sobie wielokrotnie, koszulki z przekrojem wszystkich okładek płyt, których zdobycie graniczyło z cudem, kiedy słuchałam Kill'em all. Trzeba było jeździć do Katowic, tylko tam można było na osiedlu z wielkiej płyty, w mrocznym zasyfiałym sklepiku, pełnym dymu papierosowego, kupić na przykład nową płytę Bathory (bo Metallica była już gatunkowo wtedy dla mnie za słaba )

Dzisiejszy pochód przez miasto, chociaż nie był skondensowany - obserwowałam raczej pojedyńcze atomy niż całość - przypomniał mi paradoksalnie zupełnie inne miejskie przejście. Kilka dni temu, może tygodni, miała miejsce procesja poświęcona beatyfikacji (?) pewnego księdza. Pamiętam moje zdziwienie, kiedy rano, jadąc do pracy, w tramwaju obserwowałam skupisko ludzi zmierzających na imprezę masową podobną do koncertu na Bemowie tylko odbywającą się w centrum. Tłumy identycznie szaro-buro ubranych osób, każdy z odpowiednim nakryciem głowy, jeśli kiecka to grubo za kolano, dekoltu niet, koniecznie warkocz, żadnego śladu po makijażu, jakiś śpiewniczek w ręce, starsze osoby koniecznie krótko włos przystrzyżony, kolor wybierany najczęściej - beżowy lub brąz (za świętym Franciszkiem), w każdej ręce składane krzesełko. Bitwa o miejsca w tramwaju. Te dwa miejskie przejścia przestrzenią publiczną tak różnych grup, spowodowały, że bardzo wyraźnie zarysowały się między nimi podobieństwa. Podobieństwa grup do niedawna zwalczających się (biorąc pod uwagę własne doświadczenia mogę zakładać, że już babcie nie nazywają swych wnuków satanistami tylko dlatego, że ci drudzy słuchają, tak melodyjnej wszak, Metalliki). Zarówno jedni jak i drudzy dobrze się czują w swoich grupach, chętnie się gromadzą na świeżym powietrzu, zawsze mają ze sobą coś do picia, charakteryzuje ich ten sam sposób zachowań społecznych - silna potrzeba przynależności  grupowej. Nawet ekspresja w wyrażaniu emocji podobna. A że mają inne rekwizyty? Idea wywodzi się z tego samego źródła - BEZGRANICZNEGO UWIELBIENIA.

Worship him! głosił tytuł kultowej płyty Samaela z 1991, o przedstawiciela innej idei chodziło jednak samaelowcom. Tak czy siak zaczernili moje serce na wystarczająco długo.

 

 

ps. dodam, że rano nic tak nie poruszyło mego ucha jak wypowiedziana nazwa SLAYER przez niejaką Fabiolę z TVN Warszawa, kto zna tego też dreszcz przejdzie. Hail!

 

17:04, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 czerwca 2010
Przekroić i pociąć

Za Przekrojem (po raz kolejny) :

"W tym tygodniu po przemajaczonej nocy nie piszemy" (to ładna bardzo sentencja):

...że redaktor naczelna pisma, swoją drogą pisząc rubrykę w rubrykę z Joanną Mytkowską, zamieściła tak błędną informacje, że brak reakcji spowodowałby u mnie kolejne noce 'przemajaczone'. Otóż z krótkiego tekstu dowiedziałam się, że jako artysta "najtłumnmiej" (czytaj: w wielkim tłumie, stadnie) popieram kandydaturę Komorowskiego na niewypowiadalne już prawie stanowisko. Miało nie być politycznie, ale się zrobiło. Kiedy mi ktoś wmawia sympatię do osoby, na widok (ten wąs ugrzeczniony!) i na słychot której wychodzę z psem na długi spacer trwający do 21 czerwca, to ogrania mnie przemożny strach i panika (wrócę ze spaceru - nie wrócę? Wąs wciągnie mnie, nie wciągnie najtłumniej?). Nie powstrzymam się od sprostowania - wątpię w tłumy artystów popierających B.K. na stanowisko tak wielkie, że aż niewypowiadalne, a na konferencję w Instytucie Teatralnym się wybiorę, żeby równie kuriozalne akty słowne dementować. Jestem aktywną przeciwniczką przywłaszczania sobie współczesnej twórczości artystycznej w sytuacjach wygodnych ("nasz polski artysta" - wszyscy o którymś po jakimś sukcesie) oraz skazywania jej na śmieszność wtedy, kiedy nam chwilowo jej wykorzystanie do głowy nie przychodzi ("tfu...rczość" - tvn warszawa o wystawie Ars Homo Erotica). Do boju, Pawela, do boju!

23:11, everybodyknowsthat
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2